MONITOR-PRESS: wytworna symbioza muzyki i słowa
26.06.2014

MONITOR-PRESS: wytworna symbioza muzyki i słowa

Siostry ‎Łesia i Halina Telniuk przedstawiły w Łucku swój nowy program artystyczny. Koncert, który miał miejsce 19 czerwca, został zorganizowany przez Zjednoczenie Artystyczne «stendaL». Jeszcze przedwojenne ściany wołyńskiego Teatru Lalek, dzięki swojej doskonałej akustyce, wzmocniły magię muzycznego widowiska na dwa kobiece głosy i trzy wiolonczele. W czasie koncertu zabrzmiały piosenki na podstawie wierszy Oksany Zabużko, Haliny Telniuk, Tarasa Szewczenki, Magraret Atwood, Stanisława Telniuka.

MONITOR-PRESS: wytworna symbioza muzyki i słowaW kolejnym dniu siostry Telniuk i Oleg Repecki, generalny dyrektor firmy «Komora», która jest producentem projektu «Siostry Telniuk», spotkali się ze swoimi miłośnikami w Wołyńskim Klubie Prasowym.
Aromatyczna kawa, smaczne ciasteczka i miłe towarzystwo stworzyły świetną atmosferę, przypominającą nocne rozmowy w kuchni czasów radzieckiego «podziemia inteligenckiego». Mimo ograniczonej ilości czasu, urocze ‎panie Łesia i HalinaTelniuk, zgodziły się na krótki wywiad dla «Monitora Wołyńskiego».

– Jakim mottem kierują się Panie w życiu?
‎– Łesia: Być ludźmi. Bo, chociaż jesteśmy mamami, żonami, artystkami, twórcami, to wszystko nie spełniłoby się, gdybyśmy nie pragnęli być normalnymi ludźmi.
– Jak wyglądała, pokrótce, jak w filmie dokumentalnym, droga życiowa Pań? Wy – dzisiaj, wczoraj...
– Halina: Urodziłyśmy się w rodzinie pisarza i tłumaczki. Mama była tłumaczką języków wschodnich, pracowała także jako dziennikarka. Ojciec był dysydentem.
MONITOR-PRESS: wytworna symbioza muzyki i słowa– Jesteście kijowiankami?
– H.: Tak, urodziłyśmy się w Kijowie i mieszkamy tam dotychczas.
– Ł.: Rodzina ojca mieszkała w Kijowie, później wyjechała, ale ojciec wrócił tam do pracy. Ciekawa jest historia rodziny. Mama ukończyła studia, ale zanim poznała ojca nie rozmawiała w języku ukraińskim, pochodziła ze Wschodniej Ukrainy. Ich miłość zmieniła jej światopogląd i życie. Niestety nie udało się ocalić rodziny, ponieważ KGB zmienił los naszego ojca, który zbyt wcześnie zmarł. W zasadzie rodzina rozpadła się przez nieskończone prześladowania oraz biedę. Prace ojca nie były publikowane, zostały zakazane. Trudno było przetrwać. Los naszego ojca i innych osób pozostaje na sumieniu tego reżimu – strasznej maszyny, która burzyła życie.
– Kiedy zrozumiałyście, że jesteście Ukrainkami?
– H.: Jeszcze w przedszkolu widziałyśmy, że nie jesteśmy takie same, jak inne dzieci. Kijów był rosyjskojęzycznym miastem i niejednokrotnie zadawano nam pytanie: «Dlaczego nie rozmawiacie po rosyjsku?». Musiałyśmy to wyjaśniać jeszcze w wieku sześciu lat.
– W jaki sposób?
– Ł.: Nie uwierzy Pan, ale musiałyśmy nawet wdawać się w bójki.
– H.: To bardzo trudne pytanie. To, że społeczeństwo jest niezdrowe widziałyśmy już od dzieciństwa, dlatego że w normalnym społeczeństwie nikt się nie śmieje z osoby, która żyje na swojej ziemi i rozmawia w swoim języku, nie może ona zostać za to pobita. Chciałyśmy się schować przed ludźmi, pojawiała się niechęć do chodzenia do szkoły. W ostatnich klasach rodzice byli zmuszeni przepisać nas do innej placówki, ponieważ poprzednia już w zupełności była zależna od KGB. Oni zatruwali nam życie: obniżali oceny, przychodzili na kontrole do domu. To był potężny terror ze strony partyjnej i komsomolskiej organizacji szkoły.
– Kiedy zrozumiały Panie, że bronią jest to, co Panie robią, że mogą Panie coś zmienić?
– H.: Kiedy napisałyśmy pierwsze piosenki i zrozumiałyśmy, że nasi rówieśnicy ich słuchają. Kateryna Antoszczenko, koleżanka ze studiów naszego ojca, prowadziła program telewizyjny «Z pomocą szkole». Zrobiła program, w którym ojciec opowiadał nam o Tyczynie, a my w nim zaśpiewałyśmy. Kateryna Antoszczenko robiła ten program niemalże w tajemnicy, odniósł on sukces. Następnie prawdopodobnie została zwolniona z pracy, a program został zakazany. To były lata 80-te.
Kiedy w następnym dniu przyszłyśmy do szkoły poczułyśmy szacunek do siebie. Zrozumiałyśmy, że jeśli śpiewamy, to nas usłyszą. Kiedy trzeba było wystąpić na szkolnych imprezach lub zaprezentować placówkę, robiłyśmy to najlepiej. To była nasza muzyka, nie wychodziłyśmy podobnie, jak wszyscy, śpiewać ludowych albo weselno-estradowych piosenek. Później stworzyłyśmy własny zespół i zajęłyśmy pierwsze miejsce w Kijowie na konkursie zespołów muzyczno-wokalnych. Zwycięzcy mieli możliwość nagrania swoich utworów w profesjonalnym studiu. Byłyśmy jeszcze dziećmi, miałyśmy po 15 lub 16 lat, ale już wtedy poczułyśmy, że mamy jakiś wpływ.
MONITOR-PRESS: wytworna symbioza muzyki i słowa– Staramy się o wejście do Wspólnoty Europejskiej, wracamy, jak to się mówi, do domu. Odczuwamy wsparcie naszych polskich braci. Jakie miejsce w Pań życiu zajmuje Polska?
– H.: Ogromne i bliskie sercu, ponieważ nasz pradziadek był Polakiem. Jak wiele osób, mamy mieszane korzenie. To jest tajemnicza historia naszej rodziny, nie wiem czy to jest legendą, czy nie: nasz pradziadek był synem jakiegoś polskiego szlachcica, który zakochał się w służącej ukraińskiego pochodzenia. Ponieważ nie mógł się z nią ożenić, dał jej swoje nazwisko. On sam nazywał się Telniuk-Demirski-Adamczuk. Dziadek był wielkim oryginałem, miał czworo dzieci i dał im różne nazwiska. Nasz ojciec nosił nazwisko Telniuk, jego brat – Telniuk-Adamczuk, a kuzynki – różne części tego nazwiska.
– Typowa ukraińska tradycja «multikulturalności»?
– Ł.: Nasz ojciec Stanisław swobodnie władał językiem polskim, w dzieciństwie czytał nam bajki i kryminały. Polska literatura i sztuka to część naszej rodziny. Moim zdaniem między Polakami i Ukraińcami istnieją niezwykle silne więzy rodzinne. I za trudne momenty w życiu Polaków i Ukraińców my wszyscy powinniśmy poprosić o wybaczenie, nie spekulować nad tym i postarać się wyzbyć tego, co złe.
– H.: Tym bardziej, że nie można tego zrozumieć do końca. Nie możemy komentować wydarzeń, których świadkami nie byliśmy. Musimy o nich pamiętać, ale nie po to, by się mścić, lecz po to, by ich nie powtarzać.
– Ł.: Pragnę dodać, że istnieje trzeci gracz, o którym zapominamy. Są Ukraińcy, Polacy, ale jest jeszcze Rosja, która zawsze się wtrącała, która zawsze kształtowała myślenie Polaków o «złym i głupim» Ukraińcu.
– Ewa Demarczyk i Marek Grechuta pomogli zbudować moją przestrzeń muzyczną. Wczoraj Panie dobudowały ją. Słuchając Pań, zrozumiałem, że dajecie narodowi ukraińskiemu to, na co już od dawna czekałem od Ukraińców. Czekałem, aż skończą z folkiem, z «szarowarszczyzną». Wczoraj pokazały Panie, że jest cudowna, młoda, piękna kasta Ukraińców z wielkim gestem, elegancją, szykiem. Gdzie znalazły Panie ten muzyczny kod?
– H.: Myślę, że ten kod został zaszyfrowany w słowach ojca, w jego rozumieniu poezji. Choć ojciec zajmował się niewdzięczną pracą – badał twórczość Tyczyny, którego wówczas wszyscy nienawidzili jako zdrajcy za jego wiersz «Partia prowadzi». Mówiono o nim: «Lepiej zjeść «kyrpyczynu [cegłę - tłum.] niż przeczytać Tyczynę». Kiedy dorastałyśmy i kształtowałyśmy swoje osobowości, zajmował się interpretacją poematu-symfonii «Skoworoda». W dzieciństwie najbardziej lubiłam bawić się w Skoworodę: chodziłam z patyczkiem po mieszkaniu, wchodziłam do swojego klasztoru obok któregoś z pokoi. To była moja Pustelnia Kitajewska. Bawiłyśmy się z ‎Łesią w takie rzeczy. Pisałyśmy sobie nawzajem listy niczym bohaterki noweli naszej ulubionej Jane Austen. Zawszę pragnęłyśmy szlachetności.
– Ł.: Chciałabym dodać, że «szarowarszczyzna» ukształtowała się właśnie w sowieckich czasach.
– H.: To wielki producent «towarzysz Stalin» wyprodukował «szarowarszczyznę».
– Ł.: Ale naprawdę większość Ukraińców ma genetyczne pragnienie czegoś innego. Nawet wczorajszy koncert pokazał: dziewczyny-organizatorki ze Zjednoczenia Artystycznego«stendaL» też tego potrzebują. Chęć jest, ale nie może jeszcze się wydostać z «wytwórni» Stalina.
– H.: Dlatego, że trzeba wielu lat, by przebić się przez tę grubą warstwę cementu. Kto powinien być na naszych koncertach? Oni się nie urodzili. Oni zginęli w 1933, ich pradziadkowie zostali rozstrzelani, oni nie są narodzeni. Płakaliśmy z ‎Łesią, kiedy dowiedziałyśmy się, że ulubionymi śpiewaczkami trzech chłopaków, którzy zginęli na Majdanie, były siostry Telniuk. Jak może nie rozedrzeć się serce, jeśli tych, którzy się urodzili już nie ma, i oni już nie urodzą.
– Były Panie w Kanadzie. Zostały Panie dobrze tam przyjęte. Jakie «fale emigrantów» były na koncertach sióstr Telniuk?
– H.: Na nasze koncerty przychodzą różni ludzie. Jeśli są to starsze osoby, to raczej profesorowie. Jeśli młodzi, to zwykle półangielskie społeczeństwo. Oni już wiedzą, kim są Verhaeren, Verlain, Dickinson, Wulf. Są na tym wychowani, i ukształtowała się w nich potrzeba usłyszenia Rilke w tłumaczeniu ukraińskim. Nie mówimy o czwartej fali – «rosyjskojęzycznych».
– Oni też przychodzą?
– H.: Pojedyncze osoby. Tak samo jak tutaj, niewielu z nich przychodzi na nasze koncerty. A ci, którzy tutaj słuchali chansonu, tam też chodzą na «Brighton».
– W ostatnich czasach społeczeństwo coraz częściej sygnalizuje problem przeciążenia informacyjnego, dewaluacji słowa i wartości życiowych. Wasz wczorajszy koncert w ‎Łucku był świadectwem «strzału w dziesiątkę» dzięki wytwornej symbiozie słowa i muzyki.
– H.: Mam nadzieję, że nasza twórczość doda ludziom więcej optymizmu i wiary w możliwość zmiany siebie i swojego kraju. By wreszcie poczuć odpowiedzialność na nią i za siebie.
– Ł.: Pomoże nam wszystkim zwalczyć zespół przerwanej europejskiej tradycji kulturalnej, odbudować rozerwane więzi własnej historii i kultury.
– Jaki jest przepis na budowę Ukrainy autorstwa sióstr Telniuk?
– H.: Kochać ją całym sercem. Kochać, chronić i walczyć o nią.
– Ł.: I modlić się o nią.

Rozmawiał Walenty WAKOLUK
Zdjęcia Julii STASIUK
Opublikowano: 26 czerwiec 2014
monitor-press.com





reverbnation.com